Od kilku dobrych lat chodzę za Mamą i proszę o pozwolenie (dziwnie, że mając 21 lat, studiując poza rodzinnym miastem pyta się "o pozwolenie") na zrobienie sobie henny na rzęsy.
Moje rzęsy są bardzo długie, co nic mi nie daje, jeśli się ich solidnie nie pomaluje. Dodam, że nienawidzę siebie bez tuszu do rzęs (brzmi drastycznie, ale wyglądam jak trupek), dlatego, kiedy Mama zgodziła się wreszcie i jej argumenty ("będziesz musiała robić do końca życia..", "zawsze możesz pomalować") przestały nagle istnieć, byłam wniebowzięta!
Po chwilach grozy ("henna w oku, henna w oku!!!") zasiadłam przed lustrem by podziwiać efekt moich wieloletnich zmagań z upartą Mamuśką. I...? Bez rewelacji. Przynajmniej ja super rezultatów nie widzę. W dodatku czuję, że momentalnie zrobiły mi się słabsze...
No nic. Czeka mnie więc powrót do olejku rycynowego nakładanego na noc na rzęsy!